Forum Stadnina Koni "Avarosan" Strona Główna
Autor Wiadomość
<   
Zielone Pastwiska / / Treningi   ~   Teren
Skrzydlata
PostWysłany: Sob 0:15, 10 Sty 2015 
Królowa Śniegu


Dołączył: 15 Mar 2010
Posty: 1118
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5


Zupełnie rozluźniona przybyłam w dniu dzisiejszym do SC i solidnie zastanowiłam się nad tym, z którym koniem potrenować. Do wyboru miałam albo klacz albo ogiera - a więc wybór się zawęził, nie było wałaszków. Dalej ujrzałam, że w boksie klaczy żadnego konia - Statue pod Joanne gdzieś na hali, natomiast Infinitely rządziła z Dirnu - czyste szaleństwo. Jakub natomiast zabawiał się z Zuzką prowadząc konwersację na temat życia i śmierci - i powożenia. Tak więc pozostał mi jeden koń, wybraniec świata, specjalnie dla mnie, aby zmierzyć się z jeźdźcem apokalipsy - mną. Miałam już niejakie doświadczenie z takimi wariatami jak on, więc wierzyłam w to, że się dogadamy.
Ogierek w najlepsze biegał sobie po pastwisku i fakty nie kłamały - wyglądał, jakby przez cały czas miał nadmiar energii. Obawiałam się wywiezienia, jednak postanowiłam wybrać się z nim w niejaki teren, który miał mu pomóc psychicznie. Tam dziecina będzie mógł biec aż po horyzont, aż nie stwierdzę, że mu kopyta odpadną, a kontakt z naturą powinien dobrze mu zrobić.
Przygotowałam sobie najlepsze siodło, jakie uznałam na taką okazję - z zakamarków siodlarni wygrzebałam piękne, lekkie, skórzane siodełko westernowe, które po kilku minutach czyszczenia przypominało takie, na którym to aż chciało się jeździć. Wyciągnęłam je w sumie tylko dla własnej wygody - zapinane tylko na przód, pod to gruby pad, więc nie powinno być problemów. Do tego zwykłe wędzidło i ogłowie na oba ucha bez nachrapnika plus moje kochane długie wodze. Nie miałam zamiaru go zbytnio hamować przed wyrzuceniem z siebie nadmiarów energii.
Ogierek bardzo ciekawsko zareagował, kiedy mnie zobaczył. Nie wyglądał na wrogiego i bardzo szybko byliśmy w stajni. Bez problemu złapałam go i zaprowadziłam - posiłkując się cukierkiem-nagrodą. Widocznie to było co, bo Kaszmir od razu zaczął mnie uważnie przeszukiwać, co poskutkowało porwaniem do czyszczenia. Kręciło się to zwierze niemiłosiernie, jednak nie poddawałam się. Ustawiałam go z kroku na krok w to samo miejsce, niewzruszona jego ignorancją i ciągłym przestępowaniem tak, aby jak najbardziej utrudnić mi dotarcie tam, gdzie chciałam. O dziwo nie złośliwie, a z powodu strasznego swędzenia nieco zakurzonego i zabłoconego grzbietu, który świecił drobnymi wyłysieniami. Znając ten typ poszłam po środek na tego typu sprawy i "opsikałam" miejsca problematyczne. Przygładziłam futerko i zabrałam się za kopyta. Miał bardzo fajny róg kopytowy, więc czyszczenie było lekkie i przyjemne, o dziwo chyba i środek grzbietonaprawczy zadziałał, gdyż Kasz stał spokojniej.
Po wszystkim, widząc, że środek jeszcze nie wysechł, a nie chciałam ryzykować kładzeniem padu na mokrą skórę i sierść zabrałam się za jego pokaźną grzywę. Stwierdziłam, że skoro ma takie długaśną sierść po bieganiu bezderkowym, rozczesałam mu te dredziszcza i skróciłam do jakiś 10-15 centymetrów od początku oraz przerwałam, gdyż była wybitnie gęsta. Ogon również doprowadziłam do ładu rozczesując go i skracając trochę wyżej niż pęciny.
No teraz moim oczom ukazał się zupełnie inny koń. Oczywiście jeśli miałby się sporcić, to wymagał golenia, jednak uporządkowana sierść, grzywa i ogon nadawały mu blasku konia hannowerskiego.
Pogłaskałam go i sprawdziłam suchość grzbietu. Było już ok, więc wsadziłam na niego pad (którego o dziwo nie zwalił, chyba był za ciężki) i siodło, które minimalnie go zdziwiło, ale nie szalał przy podpięciu. Pogłaskałam i założyłam ogłowie. Kasz troszkę się miotał, ale po chwili wziął wędzidło i przemielił je w zębach. Podpięłam wszystkie paseczki, wyposażyłam się w kask i kamizelkę (kulo)konioodporną i wyszliśmy przed stajnię, wręcz truchtem.

Nie trudziłam się specjalnie zatrzymywaniem go, aby wsiąść - siedziałam już po chwili w wygodnym siodełku i poprawiałam sobie co nieco trzymając wodze tak, aby chodził po niewielkiej wolcie, na której nie mógł kłusować. Gdy już się pozbierałam nie specjalnie zwiększyłam kółko, jednak dałam mu więcej swobody i zmieniłam kierunek. Chciałam, żeby się rozgrzał, zanim ruszymy w drogę.
Na szlak wybrałam nam długą trasę z lekkimi zakrętami, idealną na długie galopo-kłusy. Jednocześnie podłoże było tam piaszczyste i z reguły suche, więc nie bałam się o zamarznięte miejsca, które mogłyby okazać się zdradliwe.
Przez chwilę stępowaliśmy, Kasz miał wiele energii, nawet po galopadach pastwiskowych i tym szalonym stępie. Miałam dobre przeczucia, więc niespecjalnie się bałam - siedziałam wygodnie, ograniczona przez wysokie łęki, tyłek miałam głęboko w siodle, a konia pod niejaką kontrolą.
Bardzo (nie)spokojnie ruszyliśmy przed siebie w tereny SC. Było chłodno, jednak Kasz bardzo szybko mnie rozgrzał swoim szybkim tempem - szedł solidnie na przód i bujał mną na prawo i lewo nie pozwalając zmarznąć nawet moim końcówkom palców u stóp. Wkrótce już truchtaliśmy, bo nie było sposobu, aby utrzymać go w wolnym tempie. Sam z siebie szedł na przód, niewzruszony szelestem leżących na ziemi, wszędzie w okół liści czy ruchach zwierząt na polach i między drzewami. Stwierdziłam, że jak on się nie boi, to czemu ja mam się bać jego wybryków. Dała mu wolniejszą rękę i kłusowaliśmy szybko przed siebie - siodło dalej się spisywało i nie pozwoliło na obicie mych królewskich części ciała.
W lekkim, energicznym truchcie pokonaliśmy około jednej/czwartej trasy, którą chciałam dzisiaj zaliczyć. Kaszmir, przypocony lekko na szyi z powodu braku wolnej ręki, parskał lekko czując zapachy jesieni. Przenikliwe powietrze, chociaż temperatura utrzymywała się powyżej zera, osadzało na jego wąsikach kryształkami przymarzającej wody.
Pogłaskałam konika, lecz niewiele wskórałam, aby go uspokoić. Chwila moment i galopowaliśmy - lekko i wdzięcznie - wzdłuż jeszcze nie wykoszonego pola kukurydzy. Kaszmir patrzył na sterczącą, wysoką trawę, szeleszczącą przez przesmykujący się wiaterek, dość niepewnie, ale zdecydowana łydka z mojej strony zmusiła go do poprawienia tempa i zajęcia się układaniem nóg tak, jak powinien - każda kolejna po poprzedniej.
W tak przyjemnym dla mnie, jak i dla niego chodzie przemierzyliśmy resztę trasy, po czym Kaszmir praktycznie od lekkiego sygnału zwolnił do kłusa, w którym nie pędził już jak szalony wyścigowiec, tylko opuścił głowę w geście poddania się moim rękom. Pogłaskała go po szyi w geście pojednania - obojgu nam przydał się taki długi, przyjemny i w sumie intensywny teren, w którym każde z nas mogło się odchamić.
Po kilkudziesięciu metrach kłusa zwolniliśmy do stępa i człapiąc powoli dotarliśmy do SC. Tam jeszcze chwilę stępowałam z ogierkiem, a kto tylko nas zobaczył oczy przecierał, że Kaszmir tak spokojnie stępuje i od razu wszyscy chcieli sposobu. Mówiłam, chociaż nikt nie wierzył wtedy, że ja jeszcze żyję, ale mi było wszystko jedno, ważne, że koń miał radochę.

Kiedy oboje praktycznie wyschliśmy zaprowadziłam go do stajni, gdzie pozbyłam się sprzętu i skontrolowałam stan jego grzbietu. Było w porządku, a środek chyba działał, gdyż Kasz nie starał się już za wszelką cenę drapać - no może troszkę, tak z miłości. Pogłaskałam go jeszcze po uchu, ubrałam w leciutką derkę, żeby podsechł bezpiecznie i zostawiłam w boksie, radosnego i spokojniejszego Rudzielca. Sama udałam się do domu zadowolona i zrelaksowana.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)

Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Strona 1 z 1
Forum Stadnina Koni "Avarosan" Strona Główna  ~  
Zielone Pastwiska / / Treningi

Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu


 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach